środa, 14 kwietnia 2021

Nadaremno

       Dawno nie byliśmy sobie tak dalecy jak dziś. Wielu powie- ludzie pomagają sobie wszelkimi sposobami. Nic jednak nie zastąpi obecności. Obracając się wśród takich, którzy miesiącami nie oglądają twarzy bliskich i nie czują ich obecności, zauważam gasnące promienie w oczach. Niektórzy pozostawieni sami sobie i zdani na życzliwość innych. Inni wolą nie rozmawiać o domu. O dzieciach, które popadły
w niemały strach, w popłochu schowały się do swoich norek. I siedząc tak w czterech ścianach, bojąc się zbliżyć do innych. Po sklepach poruszają się jak ładunki ujemne i dopiero pod kołdrą przypominają sobie, że maseczka jeszcze z buzi nie ściągnięta. Dzięki Bogu, czasem wykonają do mamusi telefon. I kiedy ta dostaje słuchawkę, błyszczą się te jej stare, mądre oczy. Zapominają czasem bardziej, aniżeli ich tata
z otępieniem. Zdarza się, że pokażą się za szybą i wtedy wiadomo już, że z takim tatą może być kłopot. Wszystkie emocje i wspomnienia mówią mu, że powinien iść do domu. I jak mu wytłumaczyć, że nie może? 
       Rodzice odkładają na bok fakt, iż dziadkowie mają ogromny wpływ na wychowywanie dzieci. Kto by pomyślał, że na świecie jest wystarczająco wiele klatek, by nas w nich pozamykać. I któż mógł wiedzieć, że nasze własne domy się nimi staną. Ziarenka w klepsydrze zaczęły spadać wolniej i z głuchym dźwiękiem, porównywalnym do ciszy w nawiedzonym domu. W którym jak w jednej ze scen "Harrego Pottera" ujrzymy na ścianie wyrysowane drzewo genealogiczne z wytartymi postaciami. Tak powykreślamy niektórych z naszego życia.
       Jak już będziemy mogli gęsiego wyjść z tej kwarantanny i być może uśmiechać się jeden do drugiego na ulicy, ukazując straty w uzębieniu spowodowane wszystkimi słoikami Nutelli otwieranymi raz na jakiś czas, o tak. Na stres. I nauczymy się bez paniki odbierać telefony. Z nadzieją, że może dziś to nie będzie sanepid. Odnajdziemy starych przyjaciół i od nowa będziemy się uczyć nawiązywać relacje. Przestaniemy chodzić jak  mrówki, wytoczonymi palcem drogami w piasku. Pójdziemy do najbliższego supermarketu i pierwszy raz ominiemy półki z makaronem i papierem toaletowym, bo ku naszemu zdziwieniu mamy go spory zapas. Kupimy coś na grilla i postawimy na droższe artykuły
w postaci Coli, o ile jest w promocji. Zaprosimy połowę sąsiedztwa, by razem spalić kilka maseczek. Kilka razy zapadnie cisza, gdy któryś z alergików kichnie- "Bo te pyłki, cholera". I słychać będzie salwy śmiechu. A Bóg z góry będzie patrzył i ocierał pot z czoła, jakby godzinami naprawiał jakieś małe ustrojstwo, które nagle zadziałało. 
      
Podasz dłoń na powitanie,
słysząc ciche westchnienie ulgi.
Mama tęskniła, tata tęsknił. 
I gdyby serce mogło od tak pęknąć.
Pęknie.

Za wszystkie te łzy, przelane na powitanie.
Za wszystkie te sny, co budziły na jawie.
Za wszystkie te dni, w ciszy spędzone.
Wybacz mi.

I będziesz prosił.
Zostań ze mną.
I będziesz błagał.
Nadaremno.

Ani minuty więcej.
Ani oddechu więcej.
Tylko ostatnie:
''Odchodzę czym prędzej".

I ja już więcej ani słowa. 



niedziela, 11 listopada 2018

100-lecie

         Dziś dzień święty, z łaski Pana. Tak. Jako iż Polska...Mateczka kochana, od stu już laty po gnębieniu, na nowo w nasze ręce oddana.

W powietrzu czuję słodki zapach krwi,
na wylot ostrzeliwanych młodych piersi,
gdzie jeszcze przed nimi tysiące dni,
a jednak za młodu...
Ojczyźnie przyszło im je powierzyć.

Skąd tyleż dumy? Potęgi w dziecięcych spojrzeniach?
Nawet gdy po ich dłonie sięga Śmierć...
Ta sama, co oddaje im hołd...
I zabiera.

I siły skąd?
By zerwać łańcuchy,
którymi do kamaszy okrutnych katów byli przykuci.

I skąd na to by pod ostrzałem,
jak ślepi krwawe uliczki przemierzać?

Na czole dziecka znak krzyża,
jako błogosławieństwo od matki.
By dobry Pan miłościw był i zachował przy życiu...
albo raczył cierpień odebrać.

Każdy za ojca Boga wołał,
a matką swoją Ojczyznę opiewał.
Nieśmiertelni, wolni, niepodlegli!
Już nie mogli zakazać nam śpiewać.

A teraz cicho...
Przystaw ucho do ziemi.
Czy czujesz i słyszysz?
Nasza Pani znowu tętni.

Dziś cały świat jest z nami. Wszędzie biało-czerwone flagi. Jedność w pokoju. Jako i była jedność w walce. Tysiące głosów unosi się w dal. A pośród nich miliony przejrzystych i niewidzialnych ciał.  W ciszy wzajemnie dodają sobie otuchy. No przodu pierś! Bądźcie dumni.
A niechże i płyną łzy, bo nie wstyd mi dziś...Raz jeden rzućmy na kolana świat, by zobaczył co Polacy mogą z siebie dać.






       

czwartek, 31 maja 2018

Efekt motyla

     Stajesz o krok za mną. Spodziewam się cichych słów wyrzutu. Ty jednak jak zawsze, z wyrozumiałą w swej dojrzałej miłością nastrajasz nieposkromioną istotę. Podsyłam w podzięce uśmiech, unoszę skrawek sukienki i lekko dygam, jak dziewczynka, która chce grzecznością ukoić czyjeś serce. Napotykam jego wzrok, widzę zmartwienie, odwracam się w stronę okna, szukam spokoju, wątłej nici pomocy ze strony natury. Jak mam po raz kolejny tłumaczyć, że nie zdążyłam się jeszcze nauczyć żyć. Zostaje mi jedyne prosić, by został obok w tą jedną z tysiąca burz. Nadejdą dni ciszy, gdy czułością będę mu zamykać usta, jednak gdzieś pod skorupą czai się wszystko, co powróci, by na nowo mieszać, butami mącić równowagę.
     Przeklinam stan, który doprowadza mnie do drżenia rąk. Do wątpliwości i ckliwości, która karze mi padać na kolana. Za każdym razem wstaję. Pobudki są różne. Od odpowiedzialności po miłość. Nie, to wszystko z miłości. Tej co uzależnia i daje szczęście. Najpierw strach przed samotnością, później przed szczerością, na samym końcu przed swoją niemocą względem mocy uczucia.

Czyste barwy rozświetlają mój wzrok,
ich ostrość mnie nie rani,
lecz hipnotyzuje.
Nie pozwala by cokolwiek innego mną władało.
Ta chwila jest dla niego.

Piękne i kruche życie kryje się w niewielkiej istocie.
Wcielone w nią, tętni i daje rozkosz, temu ułamkowi ludzkości,
który miał szansę go ujrzeć.
Niewielki motyl, pośrodku królewskich lilii,
przemyka z jednej na drugą, jakby bał się zbyt długo czaić na gościńcu.

Ulotny czar jaki w sobie dzierży,
jest pułapką dla obserwujących,
tych którzy zwiedzeni urokiem,
chcą go zatrzymać.

Niewiele dni życia,
spośród których część okropiona niemrawą nicością,
nadaje jej tchnienie rozkwit motyla,
kiedy to samo słońce go wita.
Do stóp kładzie mu ziemię, jest właścicielem tego co rozkwita,
a i tak z szacunkiem bierze to, co dane mu dotykać.

A później nagle znika i nikt go nie pamięta,
nikt go nie wspomina.
Ani barw, ani powabu.
Zostawia pył.
Jego efekt budzi entuzjazm, ten który przemija.
Nikły efekt motyla.

Taki sam entuzjazm rodzi się w nas. We mnie. Radość ustępuje miejsca smutkowi. Żal go wybija. Czarne chmury, a później paleta kolorów. Roziskrzony w aplauzie ludzki los. Cykl życia człowieka. Z perspektywy ziemi równy życiu motyla. Krótki, intensywny, naznaczony namiętnościami i wyrzutami, roztropnymi i pochopnymi decyzjami. Jadąc autostradą raz uznajemy prawa, w innym momencie stawiamy na szaleństwo. Kalejdoskop chwil, co wyrywają z marazmu i tych, które przyprawiają o depresyjne myśli. A później pył. Po którym te kilka wspomnień odbija się echem, aż zniknie.
Mimo tej małej nicości równoległej do równie małej nieskończoności cieszę się i świętuję. Te jeszcze mniejsze oznaki radości.

poniedziałek, 9 października 2017

Hvor er min himmelen?

Hvor er min himmelen?

Odległość liczona w razach,
mimo iż ani razu nie dała znaku.

Kusiła zapachem jedwabiu,
który opatrywał loki.
Równie bujne jak jej wyobraźnia,
która coraz częściej narzucała kłopoty.

Raz jeden, gdy ten drzwi przepraszał,
z żalu i nostalgii
w swoich włosach pozwoliła się wypłakać.
Czar oswobodził ich z codzienności.
Okradł słowa z sensu.
A nadał go więzi, dalekiej od miłości.

Zastygli. Zawstydzeni własną swobodą.
Nie tą drogą. Nie tą drogą.
Rozeszli się, każde w inne boleści.
Oboje z wrażeniem pieszczoty,
tej ostatniej, gdy próbuję złapać się odlatującą młodość.

Bogatsi o kolejne złudzenia,
pędzą zaleczyć znużone pragnienia.
Ona smakuje medialnej bajki.
On bajdurzy w okolicach nie do końca znudzonej pary.
Dwoje od innych serc odłamani,
z pustej miłości w nicość zagnani.
Depczą po piętach depresji,
przez skutki naturalnej presji.


Może to jednak 'wola nieba', może jednak z nią tak trzeba.

Ei dame

Ei dame

Lekkim krokiem sunie,
po pokruszonym szkle.
Nie czuje nic,
A jednak nie da rady biec.

Bosą stopą rozprawia się z drwiną,
na przekór wszystkiemu,
pragnie pożegnać się ze swoją dzieciną.
Wie, że on zostawił ją,
zaraz po ostatnim "Tak".
Gdy jeszcze to był ich wspólny świat.
Teraz na rogu łóżka spogląda na ściany,
jak kolejny artefakt,
od niechcenia ocierając z kurzu jego ramy.

Cicha, tak samo jak głos jej dziecka,
napotyka na pustą przestrzeń.
Staję się echem,
przekleństw jej męża, przeszłej miłości,
która teraz wiedzie ją prosto w ramiona nieszczęścia.

Bez słowa, poddaje się nienawiści,
póki bycie "nikim" na samej niej nie pragnie się mścić.
Wprawiona w ruch, zaczyna odliczać czas.
Skreśla z listy, kolejny z dawien zawarty plan.
Dołącza do grona zranionych dam.
By z rąk do rąk,
już bez głównego bohatera tej tragedii,
osiągnąć to co zmieni ją przy samym fundamencie.

I choć teraz otacza ją hałas i tysiące obcych słów.
Odnajduje się na drodze miliona ran,
jednak i tam przygniata ją słodki głos.
I tam tęsknota zadaje cios.

Po tysiącu mil,
wśród fali piasku i wody,
porzuca strach.
Podnosi się z kolan,
oddaje uprzejmość morzu.
I na nowo uczy się chodzić.

Zraniona dama,
w miłości wielu serc skąpana,
ryzykownie w nowe nadzieje ubrana.
Nadaje swej historii odpowiedni szyk.
Zaczyna żyć.

Ame

Ame

Nasłuchuję ruchów twego ciała,
twego oddechu spragniona,
stróżuję byś nie próbował odejść.
Choćbyś tylko snem był,
zostań.

Gładzę jedwabnej skóry znamiona.
Pieszczę ją dotykiem warg,
ryzykując że natrafię na miejsce,
gdzie pryśnie czar.

Nie tylko w twoich ramionach skulona,
ale też w magii szponach.
Wiem, że z boskiej łaski i z Jego władzy,
mam twe serce tak blisko,
dlatego zostań.

Widzę ruchy klatki,
w której ukryty jest ten sprytny mechanizm.
Niemo układam modlitwę,
którą mogłabym złożyć dziękczynienie,
lecz nic nie jest w stanie opisać
Jego dokonań.

Lekko poirytowana,
po omacku trafiam wreszcie na skupisko żaru,
do ciepłych ust.
Czekam aż padnie z nich pozwolenie,
czy choć prośba:
zostań.

Nie mówisz nic,
więc znikam.
Pływam w chaosie,
w nim szlocham.
Znowu cie nie mam,
tak jakbym kiedykolwiek miała.

Z każdą chwilą
moje serce coraz głośniej woła:
zostań.
Ryzykuję,
bo istnieje tylko jedna możliwość byśmy-my, na zawsze, razem.
Głęboki sen.
Tyle.

I znów spojrzę za okno.
Znikniesz.
Jak na zjawę przystało.
By powracać do mnie za każdym razem,
gdy sercu zbraknie sennych marzeń.

*Ame z łac. znaczy kochać.

"A casu ad casum"

A casu ad casum" 

Nietykalni.
Utkani z czystej bieli.
Unoszą się w przestrzeni.
Lekko, jak gdyby od niechcenia,
wirują sypiąc iskry niosące sen.
Sen równie jak one nikły.

Anioły piastujące filarów nieba role.
I te recytujące nad potokami modły.
Powiernicy ludzkich pieśni,
powtarzają ich refreny,
by los mógł się zmienić.

Pochlebnych słów bryza szybuje w dal,
lecz człowiecze skinienie głowy to krótki w istnieniu dar.
Utrzymuje się póki trwa na ziemi raj.
A ten natomiast nie zamierza w naszych pieleszach zbyt długo gościć,
woli w obłokach niebieskich się panoszyć.

Ciche tony harfy,
z dudnieniem końskich kopyt,
jednoczą się w śpiewie istot.
Cóż za poselstwo wybrani donoszą,
o jakich cudach ojcowskich głoszą?

Ryzykownie jest patrzeć na te stworzenia.
Pokochasz , lecz nie zdołasz podążyć za śladami, ni strugami cienia.
Dzieła to Jedynego.
Wraz z Nim tworzą Początek i Koniec.


Dostojne głosy i ich silne tony, wprawiają  ziemię i jej sklepienie w lekkie drżenie. Niemal namacalnie czuć moc jakim obdarzone są pozaziemskie istoty, które z woli Jedynego, upiększają codzienność. Strzepując ze swych szat okruchy, rozsiewają kwiecie. Wątłe z początku rośliny, z czasem stają się połacią, dywanem, tak jakby przygotowaną ścieżką, którą ma zamiar przechadzać się Pan. Ludzkie sukmany są niczym pośród bieli emanującej od anielskich sukien. Mniemam, że ich czar zarządza czasem. Wstrzymuje go i przyśpiesza, w zależności od zachcianek. Zdaje mi się, że mają też z góry zaplanowane zadanie, by zamiast muz nieść wenę. I dlatego mam ku Wam pytanie. Kiedy u mnie tak się stanie?

Wczoraj miałam napad inwencji twórczej. Muffinki i lembasy są tego dowodem. Można powiedzieć, że za ich sposobem świętuję drugie urodziny bloga. Razem się starzejemy i mimo spadku sił nadal jednością będziemy. Dziękuję wszystkim, którzy tu zaglądali, przepraszam tych, którzy zbyt długo na mnie czekali.

Zastanawiałam się nad naszymi stróżami. Nad Aniołami. A głównie nad tym, co robią gdy odchodzimy, czy wychodzą nam na przeciw, a może idą do kolejnej osoby. Istotnie są bardzo zajmującymi istotami. Łącznie z tym, którego szata czernią obleczona, spływa po nieziemskich, lecz silnych w woli ramionach. Skąd pomysł, by skrzyżować nasze z ich drogami? Myślę, że to z miłości do ludzi. Bóg darował nam opiekę, silną i mądrą. Cienie, które robią wszystko, co w ich mocy, by nie dać nam porwać się ciemności. Są tym silniejsze, im bardziej się w nie wierzy. Dlatego też-Stróżu mój-nie waham się w Ciebie wierzyć.

Skoro jesteś, słucham.
Nie odchodź, bądź, czuwaj.
Ze zwierzchnictwa Nieba,
do swej służby się poczuwaj.