niedziela, 11 listopada 2018

100-lecie

         Dziś dzień święty, z łaski Pana. Tak. Jako iż Polska...Mateczka kochana, od stu już laty po gnębieniu, na nowo w nasze ręce oddana.

W powietrzu czuję słodki zapach krwi,
na wylot ostrzeliwanych młodych piersi,
gdzie jeszcze przed nimi tysiące dni,
a jednak za młodu...
Ojczyźnie przyszło im je powierzyć.

Skąd tyleż dumy? Potęgi w dziecięcych spojrzeniach?
Nawet gdy po ich dłonie sięga Śmierć...
Ta sama, co oddaje im hołd...
I zabiera.

I siły skąd?
By zerwać łańcuchy,
którymi do kamaszy okrutnych katów byli przykuci.

I skąd na to by pod ostrzałem,
jak ślepi krwawe uliczki przemierzać?

Na czole dziecka znak krzyża,
jako błogosławieństwo od matki.
By dobry Pan miłościw był i zachował przy życiu...
albo raczył cierpień odebrać.

Każdy za ojca Boga wołał,
a matką swoją Ojczyznę opiewał.
Nieśmiertelni, wolni, niepodlegli!
Już nie mogli zakazać nam śpiewać.

A teraz cicho...
Przystaw ucho do ziemi.
Czy czujesz i słyszysz?
Nasza Pani znowu tętni.

Dziś cały świat jest z nami. Wszędzie biało-czerwone flagi. Jedność w pokoju. Jako i była jedność w walce. Tysiące głosów unosi się w dal. A pośród nich miliony przejrzystych i niewidzialnych ciał.  W ciszy wzajemnie dodają sobie otuchy. No przodu pierś! Bądźcie dumni.
A niechże i płyną łzy, bo nie wstyd mi dziś...Raz jeden rzućmy na kolana świat, by zobaczył co Polacy mogą z siebie dać.






       

czwartek, 31 maja 2018

Efekt motyla

     Stajesz o krok za mną. Spodziewam się cichych słów wyrzutu. Ty jednak jak zawsze, z wyrozumiałą w swej dojrzałości miłością nastrajasz nieposkromioną istotę. Podsyłam w podzięce uśmiech, unoszę skrawek sukienki i lekko dygam, jak dziewczynka, która chce grzecznością ukoić czyjeś serce. Napotykam jego wzrok, widzę zmartwienie, odwracam się w stronę okna, szukam spokoju, wątłej nici pomocy ze strony natury. Jak mam po raz kolejny tłumaczyć, że nie zdążyłam się jeszcze nauczyć żyć. Zostaje mi jedyne prosić, by został obok w tą jedną z tysiąca burz. Nadejdą dni ciszy, gdy czułością będę mu zamykać usta, jednak gdzieś pod skorupą czai się wszystko, co powróci, by na nowo mieszać, butami mącić równowagę.
     Przeklinam stan, który doprowadza mnie do drżenia rąk. Do wątpliwości i ckliwości, która karze mi padać na kolana. Za każdym razem wstaję. Pobudki są różne. Od odpowiedzialności po miłość. Nie, to wszystko z miłości. Tej co uzależnia i daje szczęście. Najpierw strach przed samotnością, później przed szczerością, na samym końcu przed swoją niemocą względem mocy uczucia.

Czyste barwy rozświetlają mój wzrok,
ich ostrość mnie nie rani,
lecz hipnotyzuje.
Nie pozwala by cokolwiek innego mną władało.
Ta chwila jest dla niego.

Piękne i kruche życie kryje się w niewielkiej istocie.
Wcielone w nią, tętni i daje rozkosz, temu ułamkowi ludzkości,
który miał szansę go ujrzeć.
Niewielki motyl, pośrodku królewskich lilii,
przemyka z jednej na drugą, jakby bał się zbyt długo czaić na gościńcu.

Ulotny czar jaki w sobie dzierży,
jest pułapką dla obserwujących,
tych którzy zwiedzeni urokiem,
chcą go zatrzymać.

Niewiele dni życia,
spośród których część okropiona niemrawą nicością,
nadaje jej tchnienie rozkwit motyla,
kiedy to samo słońce go wita.
Do stóp kładzie mu ziemię, jest właścicielem tego co rozkwita,
a i tak z szacunkiem bierze to, co dane mu dotykać.

A później nagle znika i nikt go nie pamięta,
nikt go nie wspomina.
Ani barw, ani powabu.
Zostawia pył.
Jego efekt budzi entuzjazm, ten który przemija.
Nikły efekt motyla.

Taki sam entuzjazm rodzi się w nas. We mnie. Radość ustępuje miejsca smutkowi. Żal go wybija. Czarne chmury, a później paleta kolorów. Roziskrzony w aplauzie ludzki los. Cykl życia człowieka. Z perspektywy ziemi równy życiu motyla. Krótki, intensywny, naznaczony namiętnościami i wyrzutami, roztropnymi i pochopnymi decyzjami. Jadąc autostradą raz uznajemy prawa, w innym momencie stawiamy na szaleństwo. Kalejdoskop chwil, co wyrywają z marazmu i tych, które przyprawiają o depresyjne myśli. A później pył. Po którym te kilka wspomnień odbija się echem, aż zniknie.
Mimo tej małej nicości równoległej do równie małej nieskończoności cieszę się i świętuję. Te jeszcze mniejsze oznaki radości.

poniedziałek, 9 października 2017

Hvor er min himmelen?

Hvor er min himmelen?

Odległość liczona w razach,
mimo iż ani razu nie dała znaku.

Kusiła zapachem jedwabiu,
który opatrywał loki.
Równie bujne jak jej wyobraźnia,
która coraz częściej narzucała kłopoty.

Raz jeden, gdy ten drzwi przepraszał,
z żalu i nostalgii
w swoich włosach pozwoliła się wypłakać.
Czar oswobodził ich z codzienności.
Okradł słowa z sensu.
A nadał go więzi, dalekiej od miłości.

Zastygli. Zawstydzeni własną swobodą.
Nie tą drogą. Nie tą drogą.
Rozeszli się, każde w inne boleści.
Oboje z wrażeniem pieszczoty,
tej ostatniej, gdy próbuję złapać się odlatującą młodość.

Bogatsi o kolejne złudzenia,
pędzą zaleczyć znużone pragnienia.
Ona smakuje medialnej bajki.
On bajdurzy w okolicach nie do końca znudzonej pary.
Dwoje od innych serc odłamani,
z pustej miłości w nicość zagnani.
Depczą po piętach depresji,
przez skutki naturalnej presji.


Może to jednak 'wola nieba', może jednak z nią tak trzeba.

Ei dame

Ei dame

Lekkim krokiem sunie,
po pokruszonym szkle.
Nie czuje nic,
A jednak nie da rady biec.

Bosą stopą rozprawia się z drwiną,
na przekór wszystkiemu,
pragnie pożegnać się ze swoją dzieciną.
Wie, że on zostawił ją,
zaraz po ostatnim "Tak".
Gdy jeszcze to był ich wspólny świat.
Teraz na rogu łóżka spogląda na ściany,
jak kolejny artefakt,
od niechcenia ocierając z kurzu jego ramy.

Cicha, tak samo jak głos jej dziecka,
napotyka na pustą przestrzeń.
Staję się echem,
przekleństw jej męża, przeszłej miłości,
która teraz wiedzie ją prosto w ramiona nieszczęścia.

Bez słowa, poddaje się nienawiści,
póki bycie "nikim" na samej niej nie pragnie się mścić.
Wprawiona w ruch, zaczyna odliczać czas.
Skreśla z listy, kolejny z dawien zawarty plan.
Dołącza do grona zranionych dam.
By z rąk do rąk,
już bez głównego bohatera tej tragedii,
osiągnąć to co zmieni ją przy samym fundamencie.

I choć teraz otacza ją hałas i tysiące obcych słów.
Odnajduje się na drodze miliona ran,
jednak i tam przygniata ją słodki głos.
I tam tęsknota zadaje cios.

Po tysiącu mil,
wśród fali piasku i wody,
porzuca strach.
Podnosi się z kolan,
oddaje uprzejmość morzu.
I na nowo uczy się chodzić.

Zraniona dama,
w miłości wielu serc skąpana,
ryzykownie w nowe nadzieje ubrana.
Nadaje swej historii odpowiedni szyk.
Zaczyna żyć.

Ame

Ame

Nasłuchuję ruchów twego ciała,
twego oddechu spragniona,
stróżuję byś nie próbował odejść.
Choćbyś tylko snem był,
zostań.

Gładzę jedwabnej skóry znamiona.
Pieszczę ją dotykiem warg,
ryzykując że natrafię na miejsce,
gdzie pryśnie czar.

Nie tylko w twoich ramionach skulona,
ale też w magii szponach.
Wiem, że z boskiej łaski i z Jego władzy,
mam twe serce tak blisko,
dlatego zostań.

Widzę ruchy klatki,
w której ukryty jest ten sprytny mechanizm.
Niemo układam modlitwę,
którą mogłabym złożyć dziękczynienie,
lecz nic nie jest w stanie opisać
Jego dokonań.

Lekko poirytowana,
po omacku trafiam wreszcie na skupisko żaru,
do ciepłych ust.
Czekam aż padnie z nich pozwolenie,
czy choć prośba:
zostań.

Nie mówisz nic,
więc znikam.
Pływam w chaosie,
w nim szlocham.
Znowu cie nie mam,
tak jakbym kiedykolwiek miała.

Z każdą chwilą
moje serce coraz głośniej woła:
zostań.
Ryzykuję,
bo istnieje tylko jedna możliwość byśmy-my, na zawsze, razem.
Głęboki sen.
Tyle.

I znów spojrzę za okno.
Znikniesz.
Jak na zjawę przystało.
By powracać do mnie za każdym razem,
gdy sercu zbraknie sennych marzeń.

*Ame z łac. znaczy kochać.

"A casu ad casum"

A casu ad casum" 

Nietykalni.
Utkani z czystej bieli.
Unoszą się w przestrzeni.
Lekko, jak gdyby od niechcenia,
wirują sypiąc iskry niosące sen.
Sen równie jak one nikły.

Anioły piastujące filarów nieba role.
I te recytujące nad potokami modły.
Powiernicy ludzkich pieśni,
powtarzają ich refreny,
by los mógł się zmienić.

Pochlebnych słów bryza szybuje w dal,
lecz człowiecze skinienie głowy to krótki w istnieniu dar.
Utrzymuje się póki trwa na ziemi raj.
A ten natomiast nie zamierza w naszych pieleszach zbyt długo gościć,
woli w obłokach niebieskich się panoszyć.

Ciche tony harfy,
z dudnieniem końskich kopyt,
jednoczą się w śpiewie istot.
Cóż za poselstwo wybrani donoszą,
o jakich cudach ojcowskich głoszą?

Ryzykownie jest patrzeć na te stworzenia.
Pokochasz , lecz nie zdołasz podążyć za śladami, ni strugami cienia.
Dzieła to Jedynego.
Wraz z Nim tworzą Początek i Koniec.


Dostojne głosy i ich silne tony, wprawiają  ziemię i jej sklepienie w lekkie drżenie. Niemal namacalnie czuć moc jakim obdarzone są pozaziemskie istoty, które z woli Jedynego, upiększają codzienność. Strzepując ze swych szat okruchy, rozsiewają kwiecie. Wątłe z początku rośliny, z czasem stają się połacią, dywanem, tak jakby przygotowaną ścieżką, którą ma zamiar przechadzać się Pan. Ludzkie sukmany są niczym pośród bieli emanującej od anielskich sukien. Mniemam, że ich czar zarządza czasem. Wstrzymuje go i przyśpiesza, w zależności od zachcianek. Zdaje mi się, że mają też z góry zaplanowane zadanie, by zamiast muz nieść wenę. I dlatego mam ku Wam pytanie. Kiedy u mnie tak się stanie?

Wczoraj miałam napad inwencji twórczej. Muffinki i lembasy są tego dowodem. Można powiedzieć, że za ich sposobem świętuję drugie urodziny bloga. Razem się starzejemy i mimo spadku sił nadal jednością będziemy. Dziękuję wszystkim, którzy tu zaglądali, przepraszam tych, którzy zbyt długo na mnie czekali.

Zastanawiałam się nad naszymi stróżami. Nad Aniołami. A głównie nad tym, co robią gdy odchodzimy, czy wychodzą nam na przeciw, a może idą do kolejnej osoby. Istotnie są bardzo zajmującymi istotami. Łącznie z tym, którego szata czernią obleczona, spływa po nieziemskich, lecz silnych w woli ramionach. Skąd pomysł, by skrzyżować nasze z ich drogami? Myślę, że to z miłości do ludzi. Bóg darował nam opiekę, silną i mądrą. Cienie, które robią wszystko, co w ich mocy, by nie dać nam porwać się ciemności. Są tym silniejsze, im bardziej się w nie wierzy. Dlatego też-Stróżu mój-nie waham się w Ciebie wierzyć.

Skoro jesteś, słucham.
Nie odchodź, bądź, czuwaj.
Ze zwierzchnictwa Nieba,
do swej służby się poczuwaj.

(...)

(...)

Siedzę na miękkim fotelu trzymając w ręku ulubiony pomarańczowy sok, ponoć 100%. Tym razem ma on smak frustracji. Głębokiej i zalewającej ciało małymi częściami. Powodem tego nie jest nieśmiałe poczucie oszustwa ze strony producenta tegoż napoju, tylko to....

Ten dzień miał być inny, a spadł deszcz.
I mimo że kocham go niezmiernie,
w nadmiarze przerywa tamy rzek.
Rwąca woda porywa mnie w nurt.
Gdzieś pod jej taflą zaczyna mi braknąć tchu.

W głowie kołacze się wspomnienie wyschniętych do cna ust,
które oblewa strumień słodkiej krwi.
Nieśmiało nadaje im rubinowej barwy,
tak jakby miała nadzieję, że zaleje też czyjeś serce.
Czy nie wystarczy jej już jedno zmarniałe i niemal martwe w ofierze?

Zagryzłam wargi myśląc pieczołowicie o śnie.
Z moich wyliczeń wynika, że nim był,
że wszystko co dobre nierealnym mogło być.

A zło zalepia dziury w nagim nieco scenariuszu
i przychodzi mi się budzić, bo po co trwać w koszmarze,
który dościga niedoścignione realia życia?
Po co trudzić się wiecznie,
skoro w końcu nadejdzie i mój listopad.
Machina żywych dusz wyruszy w świat,
zapłoną lampiony, różańce zniczy.
Ktoś szepnie słowa,
kto inny je policzy.

Teraźniejszość stanie naprzeciw przeszłości,
by z przyszłym się zbratać.
Zapewnić odpusty. O ilości komnat w grobie rozprawiać.
Zajmować miejsca. Modły wygłaszać.

Krew na zewnątrz oznacza, że poczyna mi jej braknąć wewnątrz.
I jej i wyobraźni na te szare dni.
I po cóż ust blask, skoro nie ma z kim ich dzielić.
Nie ma też z kim dzielić świata.

Nie pragnę więc pieczary, bo nie mam jej z kim dzielić,
dołączę do przystani samotnych statków.
Na dnie morza moje kości znajdą sobie od dawna zapodziany szlak .
Trafią na porzucony niegdyś wrak i tam spoczną.
Zniknie po mnie ślad, jak po każdym z nas.

Skoro i tak toniemy w życiowych ulewach,
chcę aby moja mogiła miała niejako w sobie sens.
Nie mając go wcale,
bo przecież wierzę,
że zabiorą mnie fale,
nie wiem gdzie i nie martwię się o to wcale.

Nadal siedzę, czekając na rysy meteorytów, ale chyba znów przeszkodzi mi deszcz. Cierpki sok uczula mnie na zastój w myśleniu, więc nie tracąc czasu odwracam wzrok od okna. Szmerają mi w umyśle widoki na proste ludzkie westchnienia. Lot miotłą, miodowe bezalkoholowe piwo i ta jedyna w swoim rodzaju premiera. Nic się nie zmienia. Póki staram się być dorosłym z sercem dziecka mam marzenia. Póty jest nadzieja.